Miał być Grunwald, skończyło się na Waterloo

Źródło: TS Wisła
Data publikacji: 10 sierpnia 2017

Derbowe wspomnienie sprzed blisko dwunastu lat.

Był taki mecz, który pierwotnie miał odbyć się w zupełnie innym terminie, całkowicie innych okolicznościach, ale koniec końców w drugim terminie dostarczył kibicom Białej Gwiazdy mnóstwo emocji i radości. Mowa o 170 Świętej Wojnie.

Ten derbowy pojedynek Wisła miała rozegrać 20 sierpnia 2005 roku w czwartej kolejce wtedy jeszcze Idea Ekstraklasy. Spotkanie zostało jednak przełożone na prośbę Jerzego Engela, który chciał spokojnie przygotować zespół do rewanżowego spotkania w Atenach, którego stawką był awans do Ligi Mistrzów. Niestety dla Wisły tamten pojedynek stał się „grecką tragedią”, a po wpadce w I rundzie Pucharu UEFA z Vitorią Guimares, a także porażce w Lubinie i remisie u siebie z Koroną były selekcjoner polskiej kadry stracił pracę pod Wawelem. Jego miejsce zajął Tomasz Kulawik, któremu pomagał Kazimierz Moskal. Wisła pod jego wodzą wygrała w Zabrzu, zremisowała na własnym stadionie z Amiką i przegrała w Gdyni. Kolejnym spotkaniem, które miała rozegrać Biała Gwiazda były właśnie Derby Krakowa.

Atmosfera przed tym meczem była gorąca. Trójkolorowy zespół nie był w najlepszej dyspozycji, kibice udawali się na mecz pełni obaw, a atmosferę podgrzewał szkoleniowiec zespołu z drugiej strony Błoń czyli Wojciech Stawowy, który był uprzejmy stwierdzić, że urządzi on wraz ze swoimi podopiecznymi przy Reymonta Grunwald, ale to Wisła wystąpi w roli Krzyżaków. Balonik pompowano, pompowano…

Wtorek 22 listopada 2005 roku był chłodnym dniem, padał śnieg, a żeby trochę „ocieplić” sytuację jeden z kibiców postanowił wdrapać się na dachy dzisiejszego sektora G. Problem pojawił się dopiero wtedy, kiedy nie dał on rady zejść samodzielnie, ale koniec końców wszystko dla niego dobrze się skończyło. Miał on wszak więcej szczęścia, niż ci, którzy mocno pompowali balonik przed tym spotkaniem.
Na wejście piłkarzy na trybunach zaprezentowano oprawę z jasnym przekazem, wedle którego w społeczeństwie pełnym sardynek, kibice Wisły wolą być rekinami. Jak rekiny na swoich przeciwników rzucili się także piłkarze Białej Gwiazdy. Wedle opinii postronnych obserwatorów był to najlepszy mecz Wisły od czasu pojedynku z Panathinaikosem na własnym stadionie. Pomimo braku Marka Zieńczuka i Arkadiusza Głowackiego Wisła zupełnie zdominowała rywala, stosując wysoki pressing, dobrze operując piłką i spychając momentami zespół z ulicy Kałuży do głębokiej defensywy. Pierwsza bramka dla Wisły padła w 38 minucie meczu. Rzut wolny wykonywał Mauro Cantoro, a piłkę w zamieszaniu podbramkowym do siatki skierował zastępujący w tym meczu Głowackiego Maciej Stolarczyk. Druga bramka z 48 minuty była niemal kopią pierwszej: znów wolny Cantoro, znowu zamieszanie, ale tym razem zakończone celnym uderzeniem z woleja Marcina Kuźby. Wynik meczu ustalił dziesięć minut później strzałem z dystansu Dariusz Dudka.

Po tym meczu Wisła wróciła na pozycję lidera Orange Ekstraklasy (we wrześniu 2005 roku francuska sieć telefonii komórkowej wykupiła polską Ideę), a samo spotkanie było małym pstryczkiem w nos dla tych, którzy myśleli, że Wisłę można łatwo pokonać. Jak to podsumowano po meczu: chcieli Grunwaldu, a dostali Waterloo.

Kolejne derby już w sobotę!

'