Symbolista w Panteonie Białej Gwiazdy

Źródło: TS Wisła
Data publikacji: 5 lutego 2016

Niedawno na naszej stronie pojawił się cykl „Z kart historii”. Wydarzenia z przeszłości, wielkie mecze to z pewnością momenty o których nie można zapominać, dlatego co tydzień będziecie mogli je sobie przypomnieć. Jednak w życiu nigdy dosyć ciekawych historii, dlatego przed Wami kolejny cykl, który tym razem będzie traktować nie o wydarzeniach, lecz o postaciach.

Na pierwszy ogień nie pójdzie żaden sportowiec, lecz artysta, kibic Wisły, malarz symbolista czyli po prostu Vlastimil Hoffman.

Urodzony w 1881 roku w Karlinie (dzisiejsza dzielnica Pragi) artysta był nie tylko fanem Białej Gwiazdy, ale też wiernym przyjacielem zespołu z Krakowa. W swojej pracy inspirował się jednym z najważniejszych przedstawicieli nurtu symbolizmu w młodopolskim malarstwie czyli Jackiem Malczewskim. To właśnie jego prace szczególnie inspirowały Hoffmana, którego specjalnością stały się obrazy sakralne, autoportrety, malarstwo ukazujące cierpienie i tragizm wojny, którą widział na własne oczy.

Do Krakowa przybył w 1921 roku. Stał się więc Krakowianinem z wyboru, obserwował początki futbolu w Stołeczno-Królewskim Mieście, a do Wisły zapałał wręcz niesamowitą miłością. Na stary drewniany stadion przychodził zawsze ze swoim malarskim stołkiem, na którym siedząc oglądał mecze swojego ukochanego zespołu w pobliżu murawy. Na trybunę główną zaproszono go, kiedy rozpoznano w nim znanego artystę. Był z Białą Gwiazdą okresu międzywojnia wszędzie. Kiedy Wisła w 1927 roku wygrała słynny mecz ( dający de facto mistrzostwo) w Katowicach z miejscowym 1FC wracał wraz piłkarzami i zarządem pociągiem, który wjechał do Krakowa pośród wiwatującego tłumu. Nie można zapomnieć o tym, że sukces Wisły był nie tylko triumfem trójkolorowej drużyny. Białej Gwieździe kibicowała wtedy cała Polska, 1FC Katowice był wszak klubem niemieckim. W domu Hoffmana często odbywały się spotkania piłkarzy Wisły, jego dom stał się „domem każdego Wiślaka”. To właśnie do domu na ówczesną ulicę Spadzistą udali się zawodnicy Białej Gwiazdy wracając w środku nocy ze Lwowa po remisie, który zakończył mistrzowski sezon 1927. Drużyna przeszła przez Błonia i udała się do malarza. Tam świętowano sukces do białego rana. Były to jakże inne od dzisiejszych romantyczne czasy, w których Henryk Reyman na mecz swojego zespołu potrafił przyjechać na koniu z manewrów na poligonie. Sam Reyman był dla niego Wiślackim Hektorem, co jeszcze mocniej pokazywało symbolistyczną pasję Hoffmana. Pasję, którą przełożył na piłkę nożną, a która przerodziła się w przyjaźń z legendą Wisły Kraków. Warto dodać, że obaj Panowie kontakt utrzymywali ze sobą do końca życia.

Oto co sam Hoffman powiedział o swojej fascynacji Wisłą w swojej wspomnieniowej książce napisanej przez Bogusława Czajkowskiego pod tytułem „Portret z pamięci”:
„Pierwszy raz poszedłem na stadion Wisły w Krakowie już w 1925 r. razem z żoną i od razu <<połknąłem haczyk>>. Grała akurat Wisła z Cracovią. Gospodarze nie mieli szczęścia i dostawali lanie. Biegali od bramki do bramki, ale żadnego gola nie mogli strzelić, chociaż sami gol po golu zbierali. Cracovia prowadziła 5:1 i wynik ten utrzymała do przerwy. Znałem niektórych zawodników i prezesa, toteż pobiegłem za nimi do szatni. Byli tak przygnębieni, że nie chcieli w ogóle wracać na boisko. Wcale się nie dziwiłam, ale nie mogłem zrozumieć, jak się to stało, że najlepsza drużyna nie tylko Krakowa, ale i Polski nagle straciła formę i poczułem do chłopców jakąś sympatię. Może właśnie dlatego, że przegrywali. Proponuję, że jeżeli wygrają, namaluje każdemu osobny i wszystkim razem jeden wielki portret. Każdego przedstawię na nim w naturalnej wielkości. Widzę, że chłopcy uśmiechają się pod nosem, ale na razie nic nie mówią. Gra się rozpoczyna i wynik zmienia się z minuty na minutę, a więc 5:2, 5:3, 5:4, 5:5 i 5:6. Bardzo się cieszę, cieszy się cała drużyna, a kibice Wisły po prostu szaleją z radości. A potem?… przez dwa lata malowałem obraz jedenastki i portrety zawodnikom i co niedzielę chodziłem na mecz piłki nożnej. Odkryłem, że ludzie na stadionie stają się prawdziwsi niż w biurach czy na ulicy. Są szczersi, pełni entuzjazmu. Częstokroć spotykają się na jakimś meczu pierwszy raz, a już po kilku minutach nawiązują rozmowy, znajomości, niekiedy nawet przyjaźnie. Krzyczą, skaczą, podrzucają czapki, całują się, gwiżdżą, tupią… Podoba mi się ten obraz.”

Wybuch II wojny światowej rozpoczął wielką tułaczkę Hoffmana. Udało mu się uniknąć sowieckiej niewoli, a więc i prawdopodobnie śmierci z rąk siepaczy z NKWD. Do Polski wrócił w 1946 roku, a jego szlak wiódł przez Turcję i Palestynę. Po powrocie do Krakowa nie zagrzał w nim długo miejsca. Wyprowadził się do Szklarskiej Poręby, a gwardyjskie władze nie miały zamiaru troszczyć się o kibica-malarza. Kontakt utrzymywał z nim Henryk Reyman i to dzięki niemu związki Hoffmana z Wisłą przetrwały.

Malarz umarł w Szklarskiej Porębie 6 marca 1970. W Krakowie doczekał się swojej ulicy, w miejscu, w którym sam wcześniej mieszkał.